blog

Kłamstwo i jego wykrywanie

Ludzie kłamią z bardzo wielu powodów: dla zysku, ze strachu, dla przyjemności a nawet z  przyzwyczajenia. Wbrew ogólnej opinii, nie każde kłamstwo koniecznie w założeniu zawiera chęć skrzywdzenia osoby okłamywanej. Bywają kłamstwa błahe, niewinne, a nawet altruistyczne.

Głoszone w dobrej czy złej intencji, zniekształcają jednak obraz rzeczywistości i utrudniają podejmowanie świadomych decyzji, a więc praktycznie uniemożliwiają skuteczne zarządzanie. Stąd czy nam się podoba czy nie, współczesny menedżer musi być w stanie zorientować się, kiedy jest okłamywany. A już w przypadku rekrutacji nowych pracowników czy tez weryfikacji już zatrudnionych umiejętność wyławiania łgarzy jest nie do przecenienia. Nic więc dziwnego, że wariograf (wykrywacz kłamstw) jest stosowany najczęściej nie, jak można by przypuszczać, przez policję i agencje wywiadowcze ale przez działy rekrutacji personelu wielkich zachodnich firm.

Jednak u nas, na razie, badanie wariograficzne, mimo, że nie jest wprost zabronione przez obowiązujące prawo pracy, nie stało się jeszcze fetyszem specjalistów od „zarządzania zasobami ludzkimi”. Być może udałoby się zaskarżyć jego zastosowanie jako szykanowanie przyszłego pracownika i naruszenie jego dóbr osobistych, bez żadnej gwarancji sukcesu, jednak w naszych warunkach kluczowym czynnikiem zniechęcającym pracodawców jest koszt takiej operacji, wynoszący każdorazowo kilkanaście tysięcy złotych. Zdecydowanie, nie jest to tania procedura weryfikacyjna, zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę wszystkie zastrzeżenia jakie wysuwane są przez przeciwników wariografu. Nie bez racji twierdzą oni, że już sama obiegowa nazwa spornego urządzenia – „wykrywacz kłamstw”, jest myląca. Tym, co mierzy bowiem wariograf są zmiany w  Autonomicznym Układzie Nerwowym (AUN) – ciśnienie krwi, elektryczne przewodnictwo skóry, temperatura skóry, zmiany tętna, które są oznakami napięcia emocjonalnego.

Aby wykryć kłamstwo operator wariografu, porównuje reakcje AUN zapisane na taśmie gdy zadawane jest kluczowe pytanie dla sprawy, w związku z którą przeprowadzane jest badanie, z  reakcją badanego na pytania nieistotne. Badany zostanie uznany za kłamcę, jeżeli wykaże większą aktywność psychofizjologiczną odpowiadając na pytania istotne.

Nie byłoby problemu, gdyby istniała jedna prosta, specyficzna oznaka kłamstwa, która nigdy nie występowałaby w innych okolicznościach. Rzecz w tym, że takiej oznaki po prostu nie ma. Wariograf może nam pokazać, że ktoś przeżywa jakąś emocje. Nie powie nam jednak, jaka to jest emocja. Bowiem identyczne objawy w AUN daje zarówno strach, złość jak i poczucie winy. Wykazane napięcie emocjonalne może, ale nie musi towarzyszyć kłamstwu. Niezwykle łatwo popełnić w takich warunkach tak zwany błąd Otella, który wzburzenie niewinnie oskarżonej Desdemony pochopnie uznał za oznakę winy. Wbrew obiegowemu powiedzeniu, że na złodzieju czapka gore, także osoba prawdomówna może być tak poruszona samym faktem podważania jej słów, że przepadnie na badaniu wariograficznym.

Drugim potencjalnym źródłem możliwych pomyłek, jest nie uwzględnianie przez bezduszną maszynę indywidualnych różnic w reakcjach emocjonalnych, nazywane przez specjalistów ryzykiem Brokawa. Niektórzy ludzie w sytuacji badania odczuwają silne emocje nawet mówiąc szczerą prawdę; niektórzy kłamcy, łgając w żywe oczy, nie przeżywają nawet niewielkiego napięcia. Jak z tego wynika – badanie wariograficzne może zarówno napiętnować niewinnego człowieka, jak i przepuścić sprawnego łgarza.

Rekrutacja nowego pracownika stwarza specyficzną sytuację, przy której znacznie trudniej niż w  warunkach śledztwa kryminalnego zweryfikować wyniki wykrywacza kłamstwa (kandydaci, którzy obleją test zazwyczaj nie zostają zatrudnieni, nie będzie więc można sprawdzić czy faktycznie w pracy dopuszczą się karygodnych wykroczeń) sprawia, że niezwykła popularność wariografu wśród zachodnich pracodawców jest co najmniej niepokojąca. Nawet zagorzały zwolennik stosowania wykrywacza kłamstw w sprawach kryminalnych, w przypadku badań kwalifikacyjnych ocenia ryzyko uznania za kłamcę osoby prawdomównej na 31%! Innymi słowy pracodawcy korzystający z  usług wariografu, ryzykują skrzywdzeniem (czyli rezygnacją z wartościowych usług) około 1/3 badanych!

Cóż wobec tego ma zrobić menedżer, który wolałby jednak nie zatrudniać potencjalnych kłamców? Tańszym, a czasami bardziej wiarygodnym źródłem informacji jest oparcie się na tzw. behawioralnych oznakach kłamstwa, czyli innymi słowy na obserwacji zachowania osoby, którą podejrzewamy o mijanie się z prawdą. Tutaj także „mądrość ludowa” ma do zaoferowania kilka gotowych i sprawdzonych doświadczeniami pokoleń recept typu „kłamca nigdy nie spojrzy ci w  oczy”, „kłamcy zawsze pocą się ręce”, albo „zawsze zasycha mu w ustach”. W rzeczywistości możemy jednak trafić na nieśmiałą osobę z zaburzeniami krążenia, którą zupełnie niesłusznie zaczniemy podejrzewać o łamanie przykazania.

Aby uniknąć takich pomyłek psychologowie od lat pracują nad stworzeniem wiarygodnych kryteriów mijania się z prawdą, chociaż, niestety, także i w tym przypadku nie istnieją niezawodne oznaki kłamstwa. Żaden gest, ekspresja twarzy czy skurcz mięśnia same w sobie nie są dowodem na to, że ktoś kłamie. Mogą natomiast wskazywać na to, że nasz rozmówca przeżywa emocje, które nie pasują do jego wypowiedzi, albo też symuluje uczucia, których tak naprawdę wcale nie doświadcza. Tak więc tym czego będziemy poszukiwać w przypadku oceniania wiarygodności naszego rozmówcy będą rozbieżności miedzy werbalnym komunikatem (tym co się mówi) a emocjonalną ekspresją (tym co się okazuje).

Za pomocą słów stosunkowo najłatwiej jest fałszować ponieważ odpowiednią wypowiedź można wcześniej zapisać i przeredagować, a tylko bardzo dobrze wyszkolony aktor mógłby równie precyzyjnie zaplanować każdą ekspresję twarzy, gest czy załamanie głosu. Słysząc własne słowa i  patrząc na reakcję rozmówcy otrzymujemy wciąż informację zwrotną i możemy subtelnie przekształcać naszą wypowiedź. Informacja zwrotna w przypadku twarzy, głosu i ciała jest znacznie mniej precyzyjna – nie widzimy siebie samych a większość z nas tak naprawdę nie słyszy brzmienia własnego głosu. Poza tym wiemy z doświadczenia, że większość z nas zwraca najwięcej uwagi właśnie na ten kanał informacyjny, ignorując mniej lub bardziej pozostałe – skoncentrowanie się więc na precyzyjnym fałszowaniu słów jest daje więc największą szansę na sukces.

Drugim z kolei obszarem ekspresji, które tradycyjnie uważane jest za ważne źródło potwierdzenia wiarygodności naszego rozmówcy jest twarz – niezwykle ważny dla nas wyróżnik i symbol jednostki i główne pole ujawniana emocji. W dodatku mimika twarzy jest o wiele trudniejsza do kontrolowania niż słowa – częściowo dlatego, że nawet jeśli świadomie symulujemy pewne skurcze mięsni udając np. przykład uśmiech aby ukryć zdenerwowanie nadal możemy mimowolnie marszczyć czoło w grymasie zatroskania. A jednak zdając sobie sprawę z wagi jaką przywiązuje się do mimiki twarzy wielu zdolnych kłamców poświęca dużo uwagi zapanowaniem nad ekspresją swojego oblicza.

Stąd – jeśli naprawdę chcemy zorientować się czy ktoś nas nie okłamuje – powinniśmy większą wagę przywiązywać do ruchów ciała i tonu głosu. Pierwsze, choć łatwe do świadomego kontrolowania, przez większość kłamców są zaniedbywane, ponieważ wszyscy i tak skupiają się prawie wyłącznie na słowach i twarzy. Zaś tembr głosu o tyle trudno jest kontrolować ponieważ najczęściej nie słyszymy do tak samo jak inni – większość osób jest zaskoczona słysząc swój głos nagrany na taśmę.

Autor: Danuta Miściukiewicz